| Wspomnień czar… - Don Rafito |
|
|
| Artykuły - Felietony | ||||||||||||
| Wpisany przez Don Rafito | ||||||||||||
| wtorek, 03 listopada 2009 07:58 | ||||||||||||
|
Mimo, że mam już prawie trzydziestkę na karku (jak większość Komodorowców/Amigowców starego pokolenia, którzy są niejednokrotnie po trzydziestce, a nawet koło czterdziestki ; -) ), to moja przygoda z komputerami z pod znaku „C=” nie należy do najstarszych. Pierwszy kontakt z C64 miałem gdzieś koło 1990 roku, u kuzyna, który dostał go wtedy na komunię. Pamiętam, że po całej balandze, kiedy większość gości poszła do domów, razem z wujkiem (tatą kuzyna) próbowaliśmy go odpalić. Szkoda, że wtedy się to nie udało, mimo prób przerobienia wtyczki antenowej telewizora. Kuzyn mieszkał dosyć daleko, więc widywaliśmy się może ze dwa, trzy razy w roku. Ale kiedy następnym razem go odwiedziłem, jego Komcio wzbogacił się o 14’’ monochromatyczny telewizorek. Niestety, tuż przed moim przyjazdem uległ on awarii. I znowu nici z grania. Kolejna moja wizyta wypadła w wakacje. Pojechałem do kuzyna na dwa długie tygodnie. Oczywiście nie było już problemu z telewizorem, na dodatek kolorowym. Oj, co się wtedy działo! Pamiętam, że ciocia musiała nas pędzić do łóżek, gdzieś tak koło piątej nad ranem. I to przez prawie całe dwa tygodnie z rzędu. Najbardziej utkwiły mi w głowie takie tytuły jak: Rambo, Cabal, Bruce Lee, Commadno, Gryzor czy The Last Ninja. Połamaliśmy też przy okazji jeden joystick. No, ale co tam – zapalony gracz bez połamanego joysticka, to tak jak żołnierz bez karabinu. Starałem się zaglądać do kuzyna w miarę często (stosując niekiedy ostre negocjacje z rodzicami – „kiedy w końcu pojedziemy???!!!”). Nie żebym leciał na jego komputer, ale w ogóle świetnie się dogadywaliśmy. Potem nie wiem co się stało – więcej obowiązków w szkole, może więcej nauki, praca rodziców – ale zaczęliśmy rzadziej przyjeżdżać.
W miedzyczasie zacząłem się obracać w świecie pecetów. A to u kolegi, a to w szkole... Czasami grywało się w Lotosa, Wolfensteina 3D czy w F-29 Retaliator. Środowiska MS-DOS, Norton Comannder czy Windows 3.11 , a potem Win95 też nie były mi obce. Ale to dzięki lekcjom informatyki w liceum (na których notabene zaczynały królować pecety klasy AT z 386 lub 486 na pokładzie) miałem pierwszy kontakt z Amigą. Pamiętam, że na biurku naszego nauczyciela stała pięćsetka. Nasz informatyk mówił, że to komputer do wyższych celów, więc pewnie dlatego nieliczni mieli do niej dostęp. A jak się już dostali, to mogli pograć w North and South czy The Settlers. Rok 1996. Moje życzenie sprzed lat powróciło. Tylko tym razem nie prosiłem się o nie. Samo się stało. Pewien koleś miał u mnie dług. Po kolejnej próbie wyegzekwowania go, ów znajomy zaproponował mi Commodore 64 wraz z potężnym zapleczem softwareowym. Cała masa gier i użytków (w sumie kilkadziesiąt kaset). Do tego niezła sterta Top Secret'ów, wydawana niegdyś przez spółdzielnię Bajtek i parę sztuk C&A (łącznie z tym feralnym numerem z 1995r.). No i się zaczęło. Po raz kolejny. Konsolka poszła w odstawkę, a moje zainteresowanie pecetami spadało wprost proporcjonalnie do coraz większej ilości softu odpalanego na Komciu. I wcale nie czułem się jakoś gorszy z powodu posiadania 8-bitowego komputera, biorąc pod uwagę fakt, że na rynku był już 32-bitowy Pentium. Nie wzdychałem nocami za chęcią posiadania „normalnego” komputera. Wręcz przeciwnie. Wspaniałe gry (bijatyki, platformówki, samochodówki, symulatory, przygodówki) i szereg programów użytkowych (bazy danych, edytory tekstu, programy malarskie i graficzne, muzyczne, dema) sprawiały, że wyciskałem z Komcia siódme poty, ramię w ramię z bratem. No, ale nie samym graniem człowiek żyje. Cudem udało mi się zdobyć książkę o C64. Zaczęliśmy stawiać pierwsze kroki w BASIC-u. Robiliśmy proste grafiki w funkcji Print i Poke. Tworzyliśmy jakieś animacje w pętli GoTo. Próbowaliśmy także pisać jakieś tekstówki z wykorzystaniem algorytmów i zmiennej. Nasza edukacja stanęła (moja na sprite’ach, brat rozpracowywał właśnie SID’a) gdzieś na przełomie 1998/99 roku. Trafiła się nam, prawie że wyrzucona na śmietnik, Amiga 500. Miała rozszerzenie pamięci do 1 MB, jeden ledwie żywy joystick, połamane kable, jedną dyskietkę z Workbenchem 1.3.3 oraz gierkę James Pond. Czułem się tak, jakbym przygarnął porzuconego kociaka. Wspomnienia z liceum powróciły. Wziąłem się do roboty. Z racji tego, że z naszej dwójki to ja miałem większą smykałkę do bawienia się lutownicą, ponaprawiałem co się dało, połaziłem troszkę po komisach i lombardach, dokupiłem joysticki, myszkę, monitor, troszkę softu (w tym system) i miałem już w domu dwa kompletne komputerki. Pamiętam, że musiałem zmodyfikować biurko, żeby je pomieścić. Czasami, jak się weszło do naszego pokoju, to człowiek myślał, że jest w jakimś studiu komputerowym czy w mini-kafejce internetowej. Brat na C64, ja na A500. I później zmiana. Kumple walili drzwiami i oknami. Nawet ci, którzy mieli w domu pecety…
Ostatecznie sprzedałem Komcia i A500. Do dziś tego żałuję, tak jak pozbycia się bardzo rozbudowanej A1200 i zamiany jej na WinUAE… Ale po kolei. Szybko się okazało, że sama 020, nawet z FAST-em, nie wystarcza. Udało nam się tanio kupić M-Tec’a 030/28 8 MB FAST-u. Ale ciągle były jakieś problemy z CeDekiem. Rozwiązaniem stał się Fast ATA II z AllegroCDFS (byłem wtedy na stażu, więc i kasa jakaś była; pamiętam, że zainwestowałem w to połowę mojej wypłaty). Po sprzedaży M-Tec’a i dopłacie nabyliśmy z bratem Blizzarda 030/50 16 MB. W desktopie zaczęło się robić ciut ciasno i za ciepło, mimo że twardziel i CD-ROM były na zewnątrz. Poza tym Amiga zaczynała dostawać czkawki. Standardowy zasilacz nie dawał już rady. Co robić? Amigę przeprowadziliśmy do Infinitiv ze 150-watowym zasilaczem. Potem upgrade do Blizzarda 040/40 32 MB FAST-u. Marzyłem o karcie gfx. Wertując po raz n-ty kartki swoich amigowych czasopism, zdecydowałem się na CyberVision 3D. Do tego płyta rozszerzeń Zorro II. I wtedy zaczęły się schody. Instalacja sterowników, sprawdzanie sprzętu, czyszczenie styków, kombinowanie na pograniczu paranoi. Zadzwoniłem do eFunzine, przedstawiłem im sprawę. Wysłałem całego kompa, za miesiąc wrócił, elegancko skonfigurowany i w 100% działający z kartą gfx. Okazało się, że przyczyną była za stara wersja płyty głównej. Wymiana płyty i znowu wydatek. Ale jaka była moja i brata radość, kiedy naszym oczom ukazał się 24-bitowy pulpit (już wtedy z GlowIcons)! Warto też wspomnieć, że w międzyczasie zmieniałem dysk twardy, tak ze trzy razy, ostatecznie był to Caviar 10 GB, ale dzięki Fast ATA nie było najmniejszych problemów z obsługą. Po stażu powędrowałem do woja, na całe 12 miesięcy (jesień 03/04). Brat całkowicie przejął opiekę na Amigą. Ostatecznie wyposażył ją w dwie nagrywarki CD. Jedna LG, druga Lite-On. No i wymienił monitor z 15” na 17”. Fajnie się grało w Genetic Species, Napalm czy Flyin’ High na takim dużym ekranie. MP-trójki, filmy w formacie mpeg1 czy nawet nieskompresowane AVI stały się faktem. 9-igłowca zastąpił kolorowy Epson. Programy biurowe, edytory tekstu, arkusze kalkulacyjne…
I tak już zostało. Brat także (z powodów zawodowych) nabył peceta. Też została mu tylko emulacja Amigi. Zresztą podjął się stworzenia, na bazie WinUAE i okrojonego Windowsa, Amiga Games LiveCD. Dzięki niej będzie można pograć sobie w amigowe gry bezpośrednio po włożeniu płyty, bez instalacji oraz konfiguracji WinUAE, Workbencha i całej reszty. Poza tym obaj staramy się być na bieżąco z Amigą, często zaglądamy na strony internetowe poświęcone Przyjaciółce. Nigdy nie byłem jakoś specjalnie związany ze sceną, ani komodorowską, ani amigowską. Dlatego kiedy pierwszy raz ujrzałem w sieci Commodre & Amiga Fan i możliwość współpracy z czasopismem, powiedziałem sobie: dlaczego nie. Bez problemu zostałem przyjęty do redakcji. I jestem naprawdę usatysfakcjonowany z tego, że znalazłem się w gronie wspaniałych ludzi, którzy robią coś dobrego dla naszych ukochanych komputerków. I mało tego: biorę w tym udział. Don Rafito Rysunki powstałe na A500 - DPaint4
Rysunki powstałe na A1200 bez karty GFX - PPaint
|
||||||||||||
| Poprawiony: piątek, 08 stycznia 2010 22:21 |


















Pozdrawiam