| CA Fan – złe dobrego początki |
|
|
| Artykuły - Felietony |
| Wpisany przez Arti |
| sobota, 05 września 2009 19:09 |
|
Aby dokładnie przedstawić historię powstania naszego magazynu, nie mogę nie wspomnieć o tym, jak sam zainteresowałem się komputerami. Moja przygoda z tymi wspaniałymi urządzeniami zaczęła się dość dawno, bo – jak to mówią – jeszcze „za komuny”.
Pamiętam to doskonale – pierwszy kontakt z komputerem to coś, czego prawdziwy zapaleniec prędko nie zapomina. Pracownia wyposażona była w komputery Amstrad/Schneider (modele CPC6128, ale też dwa poczciwe PCW 8256). Gdzieś w kącie błąkał się niedoceniany ZX Spectrum. Nic dziwnego – w Amstradach fabrycznie montowana była stacja dyskietek, a na wczytanie czegokolwiek do Spektrumny (za pomocą radiomagnetofonu Wilga) trzeba było poświęcić nieraz nawet połowę lekcji. Pamiętam też, jak oczekiwaliśmy na przerwy w zajęciach. Nie dlatego, że kurs nas nie interesował, ale po to tylko, żeby móc pograć przez chwilę w Bomb Jacka, Batmana albo w Yie Ar Kung-Fu. To właśnie wtedy podjęliśmy z bratem decyzję – kupujemy komputer! Czasy były inne. Żeby to jakoś zobrazować, powiem tak: w naszym bloku (7 klatek, 11 pięter) tylko 1 (słownie: jeden) kumpel (a dokładniej: ojciec kumpla) miał kompa. To jego Atari 800 XL przychodziły oglądać wycieczki z całego osiedla, a dotknąć mogli je tylko nieliczni. Komputer kosztował pewnie kilka ówczesnych pensji, więc nasze marzenie o jego zakupie poczekało na realizację jeszcze 4 lata.
W tamtym czasie dla takich jak my zapaleńców, którzy dysponowali sprzętem ośmiobitowym przeznaczony był Bajtek. Klan Commodore w tym pisemku nie był zbyt obszerny, ale dobrze, że w ogóle był :) Kebab i 64 Plus 4 & Amiga to pisma, które nie miały zbyt dużych nakładów, w związku z czym znikały z kiosków niemalże z prędkością światła. Nic dziwnego, że kiedy pojawił się pierwszy numer magazynu przeznaczonego dla fanów komputerków z logiem C= na obudowie – C&A – nasza radość była ogromna. Oczywiście kupowaliśmy wszystkie numery, a każdy z nich czytaliśmy od deski do deski i to po kilka razy. Wtedy też podjąłem inną decyzję – że stanę się szczęśliwym posiadaczem Amigi (i to marzenie też ziściłem 4 lata później…). Ostatni numer Commodore & Amiga był lekkim wstrząsem. Oczywiście wiedziałem, że pecety zdominowały rynek. Ale uważałem, że jest coś takiego, jak lojalność czy też zwykłe przywiązanie, które nie pozwoli ludziom zapomnieć o poczciwych komodorkach. Było przecież od dawna oczywiste, że nikt tych komputerków nie kupuje do poważnych zastosowań (choć – co w C&A kilkakrotnie udowadniano – w pewnym zakresie się do nich nadawały). Cóż, rzeczywistość okazała się brutalna. Ludzie, przerzuciwszy się na PieCe, przestali kupować C&A nawet z sentymentu, a to pociągnęło za sobą likwidację magazynu. Upłynęło kilka lat, w czasie których komodorka odpalałem rzadko, zwyczajnie nie mając czasu na hobby. Komputerowy rynek retro oczywiście nadal mnie interesował – w internecie odwiedzałem strony poświęcone starym, dobrym czasom (na szczęście jest ich całkiem sporo). Kiedyś, zupełnie przypadkiem, natrafiłem na fanowską stronę magazynu Zzap!64 – niezorientowanym wyjaśniam, że to takie brytyjskie pismo poświęcone grom na C64 (od roku 1988 pojawiały się w nim także opisy gier amigowych), przekształcone później w Commodore Force. Na głównej stronie tegoż magazynu jest lista wszystkich wydań i na tej liście zwróciła moją uwagę jedna rzecz. Otóż ostatni numer pisma (nr 106) jest z marca roku 1994. Później długo, długo nic… aż tu nagle nr 107 pojawia się w roku 2002! Było dla mnie oczywiste, że ten numer stworzony był (i to jak!) przez fanów. Wtedy to po raz pierwszy zakiełkowała we mnie myśl, że może warto spróbować reanimować Commodore & Amiga – moje ulubione pismo komputerowe. Naturalnie zdawałem sobie sprawę z własnych ograniczeń. Po pierwsze: zarówno moja wiedza, jak i ograniczony czas nie pozwoliłyby mi w pojedynkę na stworzenie pisma, którego zawartość byłaby satysfakcjonująca dla czytelników. Po drugie: z DTP do czynienia miałem dotychczas jedynie przy składaniu szkolnej gazetki, a nie znając reguł tutaj obowiązujących mogłem co najwyżej stworzyć jakiegoś trudnego w odbiorze potworka. Po trzecie: samemu nie da się tworzyć ciekawego pisma (owszem, są tu pewne wyjątki, ale nieliczne) – ten sam styl pisania, ograniczona tematyka itd. nie mogą wróżyć dobrze żadnemu tego typu projektowi. Stanąłem zatem przed poważnym dylematem: brać się za to, czy też nie? Ostatecznie zdecydowałem się na numer zerowy, który – choć nie pozbawiony wad – miał dopomóc w rozwiązaniu wskazanych wcześniej problemów. C&A Nr 0, który ukazał się w grudniu 2007 nie został zbyt ciepło przyjęty przez większość społeczności amigowej (komodorowcy okazali się nad wyraz łaskawi) i trudno się temu dziwić. Stąd zresztą owe „złe początki” w tytule tego artykułu – wiedziałem, że mi się dostanie, wiedziałem, że słusznie, ale nie przypuszczałem, że aż tak. No dobra, przesadzam – tak źle nie było J Najważniejsze jest jednak to, że oprócz spadających na mnie cięgów, udało mi się osiągnąć coś więcej: do współpracy zgłosili się kompetentni ludzie. Obecnie skład DTP silnie nawiązuje do oryginału, teksty tworzą różni zapaleńcy, a czas – choć nadal oczywiście nie mamy go zbyt wiele – nie stanowi już takiego ograniczenia, bo pismo tworzone jest przez wiele osób. I tak się to właśnie zaczęło :) Od Was teraz zależy, jak długo C&A Fan będzie się ukazywał – my będziemy pisać artykuły, dopóki ktoś będzie chciał je czytać :) Pismo ukazuje się nieregularnie, ale śledząc informacje na naszej stronie, na pewno nie przegapicie kolejnego numeru. Zapraszamy! Arti |
| Poprawiony: piątek, 08 stycznia 2010 21:45 |



Kiedy nadszedł ten upragniony dzień, zdecydowaliśmy się na Commodore 64. Rozsądna cena i niesamowite (o czym w 1992 roku było już świetnie wiadomo) możliwości, deklasujące 8-bitowych rywali, głównie jeśli chodzi o możliwości graficzne i muzyczne, w pełni usprawiedliwiały ten wybór. Jestem zupełnie pewien, że gdyby nie ten zakup, niewiele obchodziłyby mnie dziś komputery, a brat nie byłby programistą w największej firmie komputerowej w znanym nam wszechświecie. Poczciwa „sześćdziesiątka czwórka” nie tylko nie stłumiła naszych zainteresowań komputerami, ale wręcz podsycała głód wiedzy. Jestem też pewien jeszcze jednej rzeczy: nie byłoby to możliwe, gdyby nie literatura do naszego komputerka.
Cieszyć się wypada tylko, że Art-iemu zostało tyle siły i samozaparcia, aby kontynować projekt. I... w dodatku pięknie się rozwija, o czym świadczy ta strona.